Mówiąc bez ogródek maraton w Oslo to nie była romantyczna przebieżka z Instagrama. Ta trasa absolutnie nie należy do płaskich! To wymagający, podstępny teren pełen wzniesień i mocnych podbiegów, które bezlitośnie weryfikują każdego, kto zlekceważy profil stolicy Norwegii. Na szczęście pogoda była idealna typowo skandynawska, rześka, nie za zimno, nie za ciepło. Krótko mówiąc świetne warunki do biegania, o ile miało się wystarczająco dużo siły na tutejsze podbiegi.
Warto dodać, że w tym roku w Oslo padł absolutny rekord frekwencji. W całych zawodach obejmujących maraton, półmaraton i dystans 10 km zapisało się ponad 29 000 ludzi, a na starcie wszystkich dystansów stanęło ostatecznie blisko 30 tysięcy osób. Świadomość, że jest się częścią tak ogromnego, międzynarodowego święta biegów, niesamowicie napędzała od samego początku.
Wszystko zaczęło się pod Ratuszem, skąd ruszyliśmy wzdłuż fiordu. Pierwsza poważna atrakcja? Legendarny Bislett Stadion to dla Norwegów „świątynia lekkoatletyki”, na której padło ponad 50 rekordów świata. Wbiega się tam mrocznym tunelem i nagle lądujesz na słynnej, czerwonej bieżni. Atmosfera tego miejsca uderza do głowy jak podwójne espresso. Czujesz historię tych wszystkich rekordów świata i zamiast pilnować założeń taktycznych, po prostu bo rwiesz do przodu. Te 400 metrów wokół stadionu to był czysty zastrzyk adrenaliny.
Rachunek za ten sprint przyszedł jednak bardzo szybko. W okolicach Parku Vigelanda trasa brutalnie wystrzeliła w górę. Mocny, ciągnący się podbieg palił łydki żywym ogniem, a dookoła stały potężne, kamienne rzeźby, bezczelnie przypominając o narastającym zmęczeniu. Najgorsza była świadomość, że bieg składa się z dwóch pętli i ten cały festiwal bólu trzeba będzie za jakiś czas powtórzyć.
Na 35. kilometrze, tuż przy nowoczesnym gmachu Opery, nastąpiło klasyczne maratońskie odcięcie prądu. Biały marmur budynku aż raził w oczy, wcześniejsze wzniesienia wyssały ze mnie resztki energii, a nogi przypominały dwa ciężkie, drewniane kloce.
I właśnie w tym krytycznym momencie, gdzieś z boku trasy, usłyszałem znajome okrzyki. Byłem ubrany w nasze biało-czerwone barwy, więc z daleka rzucałem się w oczy. Grupka kilku polskich kibiców stojących na krawężniku od razu wyłapała mnie z tłumu i na mój widok zaczęli głośno śpiewać Mazurka Dąbrowskiego. Polacy na ulicach Oslo robili świetną robotę, bardzo ciepło witając maratończyków, ale dla mnie największym smaczkiem był fakt, że w tej małej grupie była jedna czy dwie osoby z mojego rodzinnego Grodziska Wielkopolskiego. Taki niespodziewany akcent i kilka słów wsparcia w ojczystym języku tak daleko od domu dały niesamowitego kopa. To wystarczyło, żeby głowa puściła blokadę i pozwoliła całkowicie przełamać kryzys.
Niesiony tą energią minąłem nabrzeże Aker Brygge i ostatecznie wpadłem na metę pod Ratuszem, ledwo łapiąc oddech. Wolontariusz zawiesił mi na szyi ciężki medal z wizerunkiem stadionu Bislett. To surowy, solidny krążek w 100% zrobiony z recyklingu, który idealnie podsumował ten bieg. Bolało potwornie, pagórki mocno dały w kość, ale satysfakcja z mety i to krótkie spotkanie na trasie zostaną ze mną na zawsze. Oslo zdobyte.
Maciej Jaśkowiak












